nie jesteś zalogowany
Zaloguj się

RTZ Maxie C. Maultsby’ego a podejście humanistyczne

RTZ Maxie C. Maultsby’ego a podejście humanistyczne

RTZ Maxie C. Maultsby’ego a podejście humanistyczne

Agnieszka Hottowy, trener RTZ

Maxie C. Maultsby zachęcał do łączenia Racjonalnej Terapii Zachowania z innymi metodami. Współcześnie terapeuci pracujący w tym nurcie oraz terapeuci simontonowscy stosunkowo często sięgają m. in. po techniki komunikacyjne NVC (Porozumienie Bez Przemocy) Marshalla Rosenberga; na warsztatach simontonowskich przekazuje się je również pacjentom, żeby pomóc im w budowaniu zdrowszych relacji z bliskimi. Spotykam się również – choć rzadziej – z praktykowaniem podejścia Thomasa Gordona, którego metoda budowania relacji „bez porażek” bardzo przypomina NVC. Coraz więcej terapeutów korzysta rówież z Dialogu Motywującego, opartego m. in. właśnie na podejściu Thomasa Gordona; dotyczy to szczególnie pracy z pacjentami na wczesnych etapach zmiany.
Obydwaj wymienieni autorzy są uczniami Carla Rogersa; reprezentują więc jedną z odmian nurtu humanistycznego. Uczestnicy szkoleń z RTZ dość często pytają mnie o podobieństwa i różnice w rozumieniu ludzkich emocji i zachowań w tym nurcie oraz w podejściu poznawczo-behawioralnym. Temu zagadnieniu chciałabym krótko przyjrzeć się w niniejszym tekście.

Zacznę od słynnego, historycznego sporu pomiędzy Carlem Rogersem a B. F. Skinnerem. Do dzisiaj się on nie zakończył, przy czym podtrzymywany jest głównie przez przedstawicieli nurtu humanistycznego. Jak pisze Karen Pryor – „Osobom wykształconym w tradycji humanistycznej manipulowanie zachowaniami ludzkimi za pomocą określonych technik wydaje się niezwykle podejrzane, mimo oczywistego faktu, że wszyscy stale staramy się manipulować zachowaniami innych, stosując do tego najróżniejsze metody.” Zastrzeżeń tych nie osłabił postulat Skinnera, by relacje międzyludzkie, wychowanie, nauczanie czy terapię opierać na metodach pozytywnych (a więc wolnych od przemocy). Thomas Gordon np. pisał wręcz, że trening behawioralny w relacjach międzyludzkich jest niepożądany, trudny i mało skuteczny. Postulował rezygnację ze stosowania zarówno kar, jak i nagród; zamiast tego radził skupić się na rozpoznawaniu, wyrażaniu i zaspokajaniu ludzkich potrzeb. Jest to stanowisko typowe także dla osób praktykujących NVC czy np. rodzicielstwo bliskości, pedagogikę Montessori oraz inne humanistyczne i demokratyczne podejścia.
Paradoks polega jednak na tym, że zaspokajanie ludzkich potrzeb nieuchronnie prowadzi do warunkowania; jedno bez drugiego praktycznie nie istnieje. Bardzo trafny wydaje mi się w tym kontekście komentarz Pawła Bakalarza: „Przede wszystkim należy jasno powiedzieć, że „nagroda” (rozumiana jako wzmocnienie), jak i kara (także technicznie rozumiana) są w behawioryzmie faktami przyrodniczymi – zdarzają się organizmowi (w tym człowiekowi) w środowisku (niektóre wydarzenia zwiększają częstotliwość zachowania – wzmacniają – inne ją redukują – karzą) niezależnie od tego, co o tym myślą ludzie, którzy etykietkują swoje podejście jako „humanistyczne”. Także czy dane zachowanie nauczyciela czy terapeuty jest wzmocnieniem, czy karą, nie zależy – w zasadzie – od woli tegoż nauczyciela czy terapeuty.” Różnice w obydwu podejściach polegają niekiedy głównie na odmiennej terminologii. Na przykład, gdy – zgodnie z zaleceniami Gordona lub Rosenberga – zastanawiamy się, jakie potrzeby dana osoba zaspokaja dzięki określonemu zachowaniu, a następnie szukamy alternatywnych strategii zaspokajania tych potrzeb, w gruncie rzeczy przeprowadzamy najprostszą analizę behawioralną.
Rozwój współczesnej psychologii behawioralnej prowadzi niekiedy do wniosków bliskich psychologii humanistycznej. Przykładem mogą być terapie behawioralne „trzeciej fali”, np. Terapia Akceptacji i Zaangażowania (ACT). Oparta na pracach Skinnera i jego uczniów, pod wieloma względami przypomina terapię humanistyczną Carla Rogersa. Można tu wymienić np. koncentrowanie się na realizowaniu wartości (bardziej niż na poprawie samopoczucia), uznanie ludzkiej potrzeby duchowości i transcendencji, partnerską relację terapeutyczną, w której również terapeuta odkrywa siebie, odrzucenie etykietek (także diagnostycznych), by osłabić u klienta przywiązanie do określonego obrazu własnej osoby. Zdarza się, że twórcy ACT odwołują się do prac Rogersa, chociaż częściej prezentują swoje podejście jako nowatorskie (moim zdaniem, niezupełnie zgodnie z faktami).

Wiele z tych elementów wspólnych odnajdziemy również w poznawczo-behawioralnym podejściu Maxie C. Maultsby’ego. Kiedy analizujemy fundamentalne, filozoficzne przekonania , na których opiera się RTZ, okazuje się, że większość z nich stanowi bazę NVC oraz podejścia „bez porażek”. Są to np. następujące założenia:
– człowiek jest ekspertem od własnego życia, najlepiej zna swoje potrzeby i jeśli otrzyma wsparcie, potrafi zwykle generować najlepsze rozwiązania dla swoich problemów (wyjątkiem może być ewentualnie sytuacja, w której doszło do poważnych zaburzeń pracy mózgu);
– nie istnieją żadne dowody na to, że w swoją naturę ma on wpisane jakiekolwiek tendencje autodestrukcyjne (chociaż może nauczyć się autodestrukcyjnych zachowań);
– człowiek jest odpowiedzialny za własne emocje i zachowania (tzn. jest ich autorem) i może sobie tę odpowiedzialność uświadomić;
– z natury jest on istotą społeczną i godną zaufania;
– jakość jego życia zależy w ogromnym stopniu od tego, w jaki sposób komunikuje się sam ze sobą, a także z innymi ludźmi; warto więc dążyć do tego, by komunikacja ta była jak najbardziej empatyczna, a jednocześnie jak najmniej zniekształcająca rzeczywistość.

Te założenia dotyczące człowieka i ludzkiej natury nie są bynajmniej w naszej kulturze rozpowszechnione; podchodzi się do nich z rezerwą także w wielu nurtach terapeutycznych. Myślę, że to jest główny powód trudności, jakich doświadczają osoby uczące się zarówno RTZ, jak i NVC oraz komunikacji „bez porażek”. Skupienie się na samych tylko technikach (bez przyjęcia określonych przekonań filozoficznych) grozi ich sztywnym stosowaniem, niezgodnym z „duchem” wymienionych podejść. I tak np. w RTZ rozważania wokół zdrowej i niezdrowej semantyki przeradzają się niekiedy w dogmatyczne naciski, by wypowiadać się zawsze w „jedynie słuszny”, „zdrowy” sposób, z pominięciem indywidualnych doświadczeń i potrzeb danej osoby. Tymczasem w praktyce to samo sformułowanie, przez które jedna osoba może poczuć się źle lub zniechęcić się do działania, dla drugiej może okazać się pomocne i motywujące. Podobnie w podejściu humanistycznym spotykamy się niekiedy ze stosowaniem zawsze takich samych, schematycznych komunikatów, mających wyrażać empatię, nawet gdy np. narusza to normy kulturowe rozmówcy lub wywołuje silny dysonans. Towarzyszy temu zwykle unikanie za wszelką cenę tzw. komunikacyjnych blokad (nazywanych wręcz „zabójcami empatii”), mimo że część z nich bywa pomocna, jeśli podstawową potrzebą rozmówcy w danym momencie nie jest empatia, lecz np. uzyskanie informacji i wzbogacenie własnych zasobów. Do takich, czasem blokujących, a niekiedy pomocnych komunikatów należą np. dzielenie się wiedzą i doświadczeniem, opowiadanie edukacyjnych historii czy nawet proponowanie instrukcji, jak najłatwiej można osiągnąć wybrany cel.
W takich przypadkach pomocna bywa bezpośrednia praca z przekonaniami, a przede wszystkim – ćwiczenie poznawanych technik na sobie (autoterapia i empatia dla siebie). Ktoś, kto skutecznie sobie pomógł, łatwiej uwierzy w kompetencje i zdolności radzenia sobie u innych ludzi; nabierze też elastyczności w stosowaniu technik. Na tym etapie mocną stroną Racjonalnej Terapii Zachowania, w porównaniu z podejściem humanistycznym (a często także z innymi terapiami poznawczo-behawioralnymi) jest rutynowe edukowanie klientów na temat procesu zmiany nawyków. Bez tego przygotowania, wiele osób nie wie, jak sobie radzić np. z dysonansem i nawrotami dawnych zachowań. Nie rozumieją tych (naturalnych) zjawisk ani u siebie, ani u innych ludzi. Dochodzą więc do wniosku, że nowy sposób myślenia czy komunikacji jest „sztuczny” albo po prostu „nie działa”; względnie, że one akurat nie potrafią się go nauczyć. W efekcie zniechęcają się.

Porównajmy teraz, jak dokładnie rozumiana jest „odpowiedzialność za własne uczucia” w ujęciu Rosenberga i Gordona, a jak to wygląda w RTZ.
W modelu NVC pełny komunikat, wyrażający naszą reakcję na jakąś sytuację, obejmuje :
– opis zdarzenia, czyli nasze spostrzeżenia – np. opis czyjegoś zachowania;
– uczucia, które się w związku z tym zdarzeniem pojawiły;
– nasze potrzeby (wg Rosenberga to od nich zależy, jakimi uczuciami reagujemy na dane zdarzenie); niekiedy wyrażamy również myśli czy ważne dla nas wartości;
– prośbę do rozmówcy o konkretne działanie.
Tych samych elementów szukamy u drugiej osoby, gdy chcemy adekwatnie zareagować na jej emocje czy zachowanie.
Bardzo podobnie wygląda tzw. komunikat „ja” w podejściu Thomasa Gordona (z ta różnicą, że w kroku czwartym pomysł na działanie wypracowywany jest wspólnie z rozmówcą).

Z kolei kiedy staramy się zrozumieć reakcję człowieka na jakąś sytuację zgodnie z modelem przyjętym w RTZ, identyfikujemy następujące elementy:
– A: spostrzeżenie jakiegoś wydarzenia (czyli bodziec – ten sam element występuje w modelu NVC);
– B: interpretację tego spostrzeżenia (głównie świadome lub nieświadome myśli i przekonania na jego temat); analizując prace Maultsby’ego stwierdzimy, że ta interpretacja ma bezpośredni związek z potrzebami, o których mowa w modelu NVC (tzn. oceniamy przede wszystkim , czy to, co się wydarza zaspokaja nasze potrzeby, narusza je, czy jest wobec nich neutralne);
C: odczucia emocjonalne – element występujący w obydwu modelach;
D: działanie wynikające z myśli i emocji (zarówno w NVC, jak i w RTZ działaniem może być m. in. komunikat skierowany do rozmówcy).

Jak widać, modele te są bardzo podobne. Jednak w NVC i komunikacji „bez porażek” kładzie się większy nacisk na potrzeby, a w RTZ na przekonania. Ta różnica ma pewne konsekwencje praktyczne.
W RTZ pytania o potrzeby i wartości są „ukryte” w 5 Pytaniach Zdrowego Myślenia: pytamy o bliższe i dalsze cele, odwołujemy się do ochrony takich wartości, jak życie i zdrowie czy dobre relacje z innymi ludźmi. Analizujemy też konsekwencje podjęcia lub zaniechania danego działania. Nie zawsze jednak pytamy o potrzeby i wartości wprost. Tymczasem uświadomienie ich sobie i nazwanie może być bardzo motywujące w procesie zmiany. Dodatkowo, w sytuacjach konfliktowych komunikowanie innym ludziom potrzeb (a nie przekonań) ma tę zaletę, że potrzeby nie niosą ze sobą ocen ani osądów, co zwiększa szansę na porozumienie.
Z drugiej strony, podejście Maultsby’ego pozwala łatwiej dostrzegać subiektywizm ludzkich reakcji emocjonalnych. W NVC emocje bywają nazywane „dziećmi potrzeb” – mają sygnalizować, w jakim stopniu potrzeby są zaspokojone. Natomiast w RTZ zakładamy, że emocje nie wynikają bezpośrednio z potrzeb (i możliwości ich zaspokojenia), lecz z przekonań na temat tego, czy w danej sytuacji te potrzeby mogą być zaspokojone. Ta ocena sytuacji nie zawsze jest trafna. Możemy na przykład błędnie uznać sytuację za zagrażającą i dlatego odczuwać lęk; albo błędnie przypisać innej osobie intencje sprzeczne z naszymi potrzebami. Czasem może się również zdarzyć nadmiernie pozytywna ocena sytuacji (np. idealizacja drugiej osoby) i brak negatywnych emocji pomimo istniejącego zagrożenia. Zamiast więc polegać na swoich emocjach, warto czasami przyjrzeć się przekonaniom, które za nimi stoją. „Efektem ubocznym” bywa wówczas samoistny spadek cierpienia emocjonalnego.
Tak naprawdę, wgląd ten obecny jest również w publikacjach Marshalla Rosenberga oraz Thomasa Gordona, przede wszystkim w ich analizach przyczyn złości i przemocy. Moim zdaniem, właśnie podczas pracy w tym obszarze połączenie obydwu podejść okazuje się szczególnie przydatne. Według Maultsby’ego, sednem niezdrowej złości jest przekonanie, iż „powinno” się wydarzać to, czego chcemy i co uważamy za słuszne – niezależnie od tego, czy jest to zgodne z zasadą przyczyny i skutku. Jest to powszechnie spotykana odmiana myślenia magicznego (niektórzy terapeuci RTZ mówią też o „atakach idealizmu”). Rosenberg i Gordon zauważają z kolei, że do stawiania światu rozmaitych żądań może prowadzić brak akceptacji własnych potrzeb i uczuć, zakaz wyrażania ich wprost i kierowania się nimi; w efekcie to otoczenie obarczane jest odpowiedzialnością za samopoczucie danej osoby. Zwykle stoją za tym określone wzorce kulturowe (np. ideał „nieegoistycznej matki” albo „twardego mężczyzny”). W centrum uwagi zamiast potrzeb znajdują wówczas się oceny i abstrakcyjne „powinności”. Teoria ta ma właściwie charakter poznawczy; stanowi zarazem sugestię, w jakim kierunku można pójść tworząc nowe, zdrowsze przekonania. Podobnie jak teoria RTZ, jest to istotna alternatywa dla podejść traktujących złość jako „naturalną” i oczywistą reakcję na frustrację potrzeb; pozwala wyjść poza dylemat tłumienia lub odreagowywania złości.

Niekiedy w podejściu humanistycznym proponuje się procedurę podobną, jak w terapii poznawczo-behawioralnej opartej na uważności (w tym we wspomnianej wyżej terapii ACT). Polega ona na obserwowaniu (tzn. uświadamianiu sobie) myśli, bez kierowania się nimi i bez prób ich modyfikowania. Następnie uwaga jest koncentrowana na potrzebach (lub wartościach) i możliwych strategiach ich zaspokajania. Zwolennicy tego „akceptującego” podejścia przeciwstawiają je nierzadko tradycyjnej pracy z przekonaniami – takiej, jak np. w RTZ – nastawionej, podobno, na ocenę myśli i zmianę. Osobiście jednak nie zgadam się z tym rozróżnieniem. Pierwszym etapem pracy z przekonaniami w RTZ jest bowiem właśnie uważność na pojawiające się myśli, z zawieszeniem jakichkolwiek ocen i ingerencji. W drugim kroku myśli te są oceniane pod kątem swojej przydatności i w razie potrzeby przeformułowywane na zdrowsze; często wiąże się to z tworzeniem nowych planów działania. Ten etap jest w zasadzie tożsamy z poszukiwaniem nowych strategii zaspokajania potrzeb w podejściu humanistycznym. Inaczej mówiąc, zmiana strategii wynika ze zmiany myślenia (a nie jest wobec niego alternatywą). Rzeczywista różnica polega głównie na tym, że w RTZ procedury pracy z przekonaniami zostały bardziej szczegółowo opracowane; przez to dla osób początkujących są zwykle łatwiejsze do opanowania (chociaż później, w miarę nabierania wprawy, zaleca się ich uproszczenie).
Generalnie jednak, w nurcie humanistycznym myślom poświęca się znacznie mniej uwagi, niż w podejściu poznawczym. Być może, do pewnego stopnia jest to efekt typowego dla naszej kultury przeciwstawiania „serca” i „rozumu” (tzn. uczuć i myśli). Przy czym praktykowanie empatii ma polegać na kierowaniu się głównie „sercem”. Rosenberg nazwał nawet NVC „językiem serca”, a symbolem empatycznej komunikacji stała się żyrafa jako ssak o proporcjonalnie największym sercu. Mózg natomiast został w symbolice NVC pominięty.
Z modelu poznawczego wynika jednak, że uczucia są bezpośrednio związane z naszym sposobem myślenia; jeżeli więc istnieje konflikt (lub wybór), to tylko między różnymi przekonaniami (i wynikającymi z nich emocjami), a nie między myśleniem a uczuciami. Przyczyną złudzenia, że jest inaczej, zgodnie z teorią RTZ mogą być automatyczne, nawykowe, nieuświadomione myśli, leżące u podłoża wielu reakcji emocjonalnych.

Przedstawiona przeze mnie krótka analiza podobieństw i różnic obydwu podejść z pewnością nie wyczerpuje zagadnienia. Być może jednak ułatwi czytelnikom ich integrowanie, a także nieco złagodzi nieunikniony dysonans poznawczy.